Kolonista zasypia z myślą o nowym domu, a budzi się w miejscu, którego nie ma na żadnej mapie. „Arka” Romaina Benassayi i Joanna Urgella bierze ten znany punkt wyjścia i skręca tam, gdzie się tego nie spodziewaliśmy: zamiast obcej planety czeka labirynt, który kpi sobie z praw fizyki.
Benassaya przeniósł do komiksu własną powieść „Pyramides”, a rysunki przygotował Katalończyk Urgell. Wyszedł z tego jeden album, 112 stron fantastyki naukowej w starym stylu – z kolonistami w hibernacji, sporem o to, co dalej, i tajemnicą, której nie da się obejść dookoła. Czytało nam się to szybko, choć nie bez kilku zgrzytów.
112 stron · twarda oprawa · zamknięta historia
Eryk Rives budzi się o kilka epok za późno
Statek Arka III miał lecieć dwieście lat i dowieźć ludzi na Lwi Pazur, ziemię obiecaną dla tych, którzy uciekli z wyniszczonej orbity Ziemi. Lot trwał znacznie dłużej, a za burtą nie widać gwiazd. Eryk i Jia ruszają na zwiad i szybko orientują się, że statek utknął w ogromnej konstrukcji, która nie ma końca ani sensu – przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia.
Najlepsze w tej części jest to, że Benassaya nie tłumaczy wszystkiego od razu. Labirynt ma swoje zasady, ale poznajemy je po kawałku, a każda odpowiedź rodzi dwa nowe pytania. Ludzie nie są tu pierwsi: w korytarzach od pokoleń żyją rozbitkowie innych ras, którzy zdążyli się do tego miejsca przystosować. Poczucie zagubienia działa znakomicie.
Ciekawie wypada też czas. Wyprawa zwiadowcza wraca po latach, choć dla samych zwiadowców minęło niewiele, i ten rozjazd napędza drugą połowę albumu mocniej niż niejedna strzelanina.



Plansze: materiały wydawcy Lost in Time.
Zostać na statku czy szukać wyjścia
Po powrocie Eryk i Jia zastają społeczność, która przez ten czas urządziła sobie życie na pokładzie. Część kolonistów chce zostać i budować coś tu i teraz, reszta nie zamierza godzić się z więzieniem, nawet wygodnym. To najmocniejszy wątek „Arki”, bo obie strony mają sensowne argumenty, a scenarzysta nie podpowiada, komu kibicować.
Do tego dochodzą Ogrodnicy – istoty stworzone do pielęgnowania pokładowych upraw, które z czasem wyewoluowały w rozumny gatunek z bardzo ludzkimi ambicjami. Ten pomysł kupił nas najbardziej. Zamiast kolejnego potwora czającego się w ciemności dostajemy spór o władzę, w którym trudno wskazać czarny charakter.
Benassaya dorzuca też dylematy rodzinne, bo bohaterowie muszą wybierać między dobrem grupy a własnymi bliskimi. Bywa to podane trochę zbyt wprost, ale emocje są prawdziwe i nie toną w technicznym żargonie.
„To fantastyka, która bardziej niż strzelaniną zajmuje się pytaniem, czy wygodne więzienie wciąż jest więzieniem.”
Urgell i korytarze bez gwiazd
Urgell rysuje starannie i widać to na każdej stronie. Wnętrza statku, maszyny i ciągnące się w nieskończoność korytarze labiryntu mają skalę i ciężar, a tła są dopracowane z cierpliwością, której dziś często brakuje. Projekty statków, kombinezonów i obcych stworzeń przypominają klasyczną francuską fantastykę – w dobrym tego słowa znaczeniu.
Słabsze od reszty są twarze. Przy tak starannych tłach postacie wyglądają momentami sztywno, a w rozmowach zdarza się, że trudno odczytać, co bohater naprawdę czuje. Brakuje też kilku kadrów na całą stronę, które pozwoliłyby rysownikowi pokazać ogrom labiryntu w pełnej krasie.
Gdzie Benassaya idzie na skróty
Nie ma co udawać, że to pomysł zupełnie świeży. Koloniści w hibernacji, statek, który zboczył z kursu, zagadkowa megastruktura – to motywy znajome każdemu, kto czytał klasykę fantastyki, a skojarzenia z „Rozbitkami czasu” Paula Gillona przychodzą same. Benassaya zgrabnie składa te klocki, ale rzadko czymś naprawdę zaskakuje.
Początek bywa chaotyczny. Zanim opowieść złapie rytm, dostajemy sporo skrótów i przeskoków, a postacie drugiego planu długo pozostają tylko twarzami w tłumie. Finał zostawia z kolei drzwi szeroko otwarte – kto lubi dostać wszystkie odpowiedzi, poczuje niedosyt.
Czy warto wejść do labiryntu Arki
Tak, jeśli lubicie fantastykę, w której zagadka i ludzie są ważniejsi niż pojedynki na lasery. „Arka” nie wywraca gatunku do góry nogami, ale opowiada swoją historię sprawnie, z dobrze postawionym konfliktem i światem, który chce się zwiedzać dalej. Mamy wrażenie, że do tego albumu wraca się myślami jeszcze długo po lekturze – głównie przez Ogrodników i labirynt, który nie odkrywa wszystkich kart.
Najwięcej frajdy da czytelnikom, którzy lubią zadawać pytania razem z bohaterami. Benassaya nie zasypuje nas wykładami o napędach i fizyce, tylko pozwala odkrywać labirynt krok po kroku, a Urgell nadaje temu miejscu realny ciężar. Gdyby ten duet wrócił jeszcze do świata Arki, chętnie zobaczylibyśmy więcej odwagi w łamaniu schematów i twarze dopracowane równie starannie jak tła.
Dla miłośników klasycznej francuskiej fantastyki naukowej i opowieści o zagubionych statkach kolonizacyjnych, którzy cenią zagadkę bardziej niż efektowną akcję. Spodoba się też tym, którzy szukają zamkniętego albumu na jeden wieczór. Mniej przypadnie do gustu czytelnikom oczekującym zupełnie nowych pomysłów albo jasnych odpowiedzi na wszystkie pytania w finale.
- Labirynt jako zagadka, która nie puszcza
- Ogrodnicy i spór kolonistów o przyszłość
- Urgell świetnie rysuje statki i korytarze
- Twarze postaci słabsze niż tła
- Znajome motywy z klasyki fantastyki

Jeśli spodobał Ci się komiks „Arka”
Enceladusod 70,00 zł w dadada.plSprawdź cenę »
Świat Arkadiego. Księga 2od 123,75 zł w gildia.plSprawdź cenę »
Prorok. Wydanie zbiorczeod 105,00 zł w gildia.plSprawdź cenę »
Czytaj także
Najczęściej zadawane pytania
Tak, „Arka” to pojedynczy album, który można przeczytać bez znajomości innych komiksów. Finał zostawia jednak otwarte pytania o dalsze losy kolonistów.
Romain Benassaya zaadaptował w komiksie własną powieść „Pyramides”. Książka nie ukazała się po polsku.
Scenariusz napisał francuski pisarz Romain Benassaya, a rysunki stworzył Joann Urgell. Po polsku komiks wydało Lost in Time w przekładzie Pawła Łapińskiego.
Tekst z pomocą AI · zawiera linki afiliacyjne





























